Mam troje dzieci w tym jedno czarne
To, że mam dzieci jak najbardziej uprawnia mnie do
prowadzenia bloga parentingowego. Będzie nietypowy dlatego, że w odróżnieniu od większości w tej
niszy moje dzieci to już stare konie. Prawie cały proces wychowawczy mam za
sobą - na szczęście dla co poniektórych.
Nie będę zaprzątać sobie miejsca ciuszkami, zabaweczkami i innymi pierdółkami.
Kawa na ławę. Będzie o tym co najważniejsze. O relacjach, o trudnościach, być
może o bezradności. Zamierzam popatrzeć z dystansu na wszystkie moje działania,
trochę ku przestrodze dla tych, którzy wchodzą dopiero w rodzicielstwo (jeśli
tu trafią). Podrzucę trochę fajnej lektury, może jakiś sucharek. Poszarpię się
trochę ze schematami.
Poza tym, że jestem matką zawodowo zajmuję się kryzysami,
przemocą, wychowywaniem obcych dzieci i obcych rodziców. Przede wszystkim jednak uczę się. Pracując z
innymi ludźmi ciągle poznaję siebie, świat,
układam na nowo relacje z innymi, przyglądam się procesom rządzącym w rodzinach. Niestety mam
dobrą pamięć (mój mąż twierdzi, że jak
słoń, pamiętam wszystko co dla mnie było istotne – to czasem jest zabawne, ale
czasem mocno doskwiera), więc pamiętam czasy, kiedy my –ludzie byliśmy
społecznie dobrze rozwinięci, mieliśmy bliskich sąsiadów, odwiedzaliśmy się
wzajemnie, wspieraliśmy, pomagaliśmy sobie – i dzieciaki czerpały z tego
źródła. Dzisiaj oglądają świat zza szyby (domu, samochodu, albo komputera).
Mają ogromne problemy z nawiązywaniem przyjaźni, e tam przyjaźni, znajomości
nawet. Patrzą smutno znad komórki i boją się być sobą. To zaczyna być widoczne w szkole, bo
wcześniej rodzice ogarniają maluchy od góry do dołu, stymulują do upadłego,
przeglądają się w dzieciakach jak w lustrze i szybciutko korygują . Jak coś nie
tak – buch małego do psychologa.
Nauczeni przez
media błyskawicznie zmieniamy autorytety
wychowawcze, style wychowawcze, jeszcze nie zadziałał karny jeżyk, a już
szukamy czegoś w zamian, kogoś mądrzejszego od super-niani. Co tam, że dzieciak
nie daje rady, już na lodówce nowe tabelki, buźki, siuśki, naklejki do
zbierania i co tam jeszcze. Rozmawiamy z dziećmi naszymi, rozmawiamy i
rozmawiamy. Do porzygu. Kto powiedział, że dwulatek musi wysłuchiwać tyrad na
każde zadane pytanie? Objaśniamy świat nie pozwalając na doświadczenie tego świata.
Dysortografia, dysleksja, ADHD – no tak już nie ma ADHD, pan się wycofał, ale
my lećmy dalej. Coś musi być w zamian. Depresja dziecięca, zaburzenia uwagi.
Wróć Stary Doktorze. Pewnie już nikt nie czai, że chodzi o Korczaka…
No to sobie poużywam na tym blogu, a co mi tam. Sama jestem
ciekawa, co z tego wyniknie. Nie zamierzam jednak przekraczać granic
przyzwoitości, nie sprzedam tajemnic moich dzieci, nie będę używać wulgaryzmów
– strasznie mnie wkurza, jak czytam sobie post super mamy i co chwila pada
ostre słowo, które nijak nie wynika z emocjonalnego tekstu, tak tylko rzucono,
bo wolno mi.
Moje czarne dziecko to nie przypadek. Klementine mieszka w
Kibeho, jest prawie niewidoma, a ja jej tylko umożliwiam codzienny posiłek
poprzez tzw. adopcję serca i mam nadzieję, że wyrośnie na piękną, mądrą
kobietę. Howgh.
Komentarze
Prześlij komentarz