Brak wzmaga kreatywność
Tekst o tym, jak to internety zabijąją w nas
kreatywność, rozleniwiają i sprowadzają do poziomu kanapy, oraz o tym jak to
drzewiej bywało i dlaczego warto uczyć się języka.
Dawno temu, kiedy świat składał się z butelek octu na
półkach w sklepie spożywczym, kiedy byłam małą dziewczynką i lubiłam śpiewać.
Teraz też lubię śpiewać. I to jak. Mam tak, że jak spodoba mi się jakiś
kawałek, to zaraz cała płyta włącznie ze szlagierem znajduje sięw moim
telefonie i katuję rzecz od rana do nocy. Skutkuje to tym, że po odpowiednio
długim czasie głośnego słuchania, znam każdy dźwięk i jeśli występuje tam wokal
– to ja dołączam. Wtedy podejrzewam moich współmieszkańców o nagłe
zainteresowanie ofertami wynajmu lokalu coby przetrwać ten trudny czas. Nie
dotyczy to kotki, która jest Ryszardem i ma jeden cel – żarcie w misce i
otwarte drzwi, jakiekolwiek. Repertuar mam rozległy, od piosenki poetyckiej po
metal i chorały gregoriańskie. Jeśli nie występuje wokal, no to siłą rzeczy
muszę robić za gitarę, tudzież inne instrumentum. Nie wiedzieć czemu jedno z
moich dzieci wyniosło się do kraju brexitu.
Wracając jednak do mojej opowieści: jako dziecię wspólnie z
koleżankami w ramach umuzykalniania w miesiącu czerwcu występowałyśmy na
festiwalu w Opolu, w sierpniu w Sopocie. Zielona Góra jakoś nam nie leżała
chociaż do pieśni wojskowych nic nie mam. Całe przedsięwzięcie odbywało się
przed moim domem, na schodach, bo tam można było zainstalować mikrofony za
pomocą kija od szczotki. Uprzednio należało obejrzeć w telewizji jak sobie
radzą na scenie gwiazdy, a następny dzień był dla nas. Choreografia,
odpowiednie stroje – z tym problemu nie było, bo rodzice w pracy, więc szafa
wolna. Kupa roboty z tymi festiwalami, trzeba było zgromadzić publiczność,
artystów – a oni jak wiadomo kręcą nosem, mają wymagania, zrywają kontrakty.
Zdarzały się nieoczekiwane wtargnięcia zwierząt na scenę. No i przede wszystkim
należało znać tekst, a czasy trudne: nie znano karaoke, nie było tekstów w
kompie, ba nie było kompa. Żmudnie przepisywałyśmy słowo po słowie z rzężącej kasety
(rzęziła bo była nagrywana 100 razy) z radiomagnetofonu Grundig metodą play
stop (brzmi jak kopiuj wklej, ale to nie ten nakład pracy). Już po miesiącu
miałyśmy jeden utwór do przodu. Jeśli był polski to małe piwo, ale zdarzały się
zagraniczne piosenki. Nie znając angielskiego, ani murzyńskiego było trudno. Istniał
wtedy zespół Goom by dance band ze swoim
nieśmiertelnym hitem Sanof Dżamejka. Ależ to było wyzwanie. Ale udało się, do
dziś śpiewam sanof dżamejka, łeczisa
malajka…. Moja córka podsunęła mi ostatnio pomysł coby sprawdzić jednak ten
tekst i jakież było moje zdziwienie, że chodzo o „Sun of
Jamaica, the dreams of Malaika Our love is
my sweet memory”…przy okazji teledysk nas powalił swoją prawdziwościąi
efektami.
Już
nic nie jest takie samo jak było.
A
dziś co? Wszystko się odbywa metodą jednego kliku, nie trzeba myśleć, głowić
się co to jest ta Łeczisa, na dodatek nie ma takiego zwyczaju, żeby spotykać
się z koleżankami ot tak po prostu. Wymyśleć zabawę, podzielić się zadaniami,
bez udziału dorosłych, prawie niewykonalne. No i czasu nie ma, bo trening, bo
tańce, bo korki…
Komentarze
Prześlij komentarz